# 27 #


         Znowu mnie tutaj dawno nie było… ale ani nie mam siły, żeby pisać – mówić o tym co między mną, a Panem A. się dzieje, ani nie mam czasu tu zaglądać, wiecznie zapracowana, zabiegana, a teraz szykuję się do zasłużonych wakacji po 7 latach pracowania i uczenia się… Szykuję się na iście szaloną i wcale, a wcale nie zaplanowaną podróż przez Francję, Hiszpanię i Portugalię… Cały plan polega na tym, że nie ma planu, za tydzień w piątek wsiadamy do autka i jedziemy… bikini już zakupione, jeszcze tylko balsamy do opalania i reszta mnie nie interesuje…

Postaram się tutaj zaglądać troszkę częściej, może mi się to wreszcie uda, bo… zdałam chyba najgorszy egzamin w moim życiu i wreszcie skończyłam tak znienawidzone przez siebie studia… No, ale od października wybieram się na następne… no co? zdobytej wiedzy nigdy za wiele prawda?



2010-07-09 16:55:37 skomentuj (2)

# 26 #


            Nie znikam, nie znikam, tak po prostu wyszło, że jak nie miałam pracy to czasu wolnego było za dużo i narzekałam, a teraz dwie prace, korepetycje i zapisałam się na kurs hiszpańskiego… Nie narzekam, że mam za dużo zajęć, ale jest to raczej spowodowane próbą zapomnienia o Panu A. A wszystko już tak pięknie się układało…

Po tym jak wszystkie emocje opadły, jak już się poskładałam po wydarzeniach z początku roku i pogodziłam się z faktem, że zostaliśmy tylko przyjaciółmi, Panu A. zaczęło troszkę odbijać, że w sensie, że On jednak coś do mnie czuję, że Mu na mnie zależy, że wie, że już za późno, ale On chciałby ze mną być i bla, bla, bla… Oczywiście ciężko było mi w to wszystko uwierzyć i postanowiłam się temu wszystkiego poprzyglądać z boku i na zimno…

Przedświąteczny tydzień i święta spędziłam w Warszawie, rozmyślając o tym wszystkim co mi wyznał Pan A. przed wyjazdem, że będzie tęsknił, że szkoda, że musimy prawie 2 tygodnie spędzić oddzielnie… dzwonił, pisał, aż zaprosił mnie na święta do siebie do domu… oczywiście byłam w wielkim szoku, że jak, że tu nie wiemy co między nami jest, a tu już do domu… Stwierdziłam, że święta to nie najlepszy moment na decyzje tego typu i na poznanie rodziny nawet nie mojego faceta… Ale ponieważ 19 kwietnia rodzice Pana A. mają rocznicę do zadecydowaliśmy, że wezmę wolne na sobotę i pojedziemy do Jego rodziców…

Wróciłam do Wrocławia, niestety nie mógł mnie odebrać z dworca bo pracował do późna, ale poprosił, żebym przyjechała do Niego, bo i tak bliżej, bo mam klucze, bo może coś będę chciała u Niego zostawić… i niby wszystko ok., ale nagle się okazało, że na weekend do rodziców „jedzie”, a ja „jedziesz do mamy?”… nic nie powiedziałam, czekałam na jakikolwiek odzew co z weekendem… Aż w zeszły piątek, gdy pojechałam od Niego z mieszkania na basen i zakupy, dzwoni do mnie, że Jego siostra przyszła do Niego do mieszkania, zobaczyła moje rzeczy i się czegoś domyśla… No halo, ale mieliśmy jechać do Jego domu razem i że jako kto? Ale, że jak? Czyli, że wyjazd do rodzinnego domu to nic, ale, że siostra widzi po raz pierwszy moje rzeczy u Niego w domu to już problem?

Pojechałam do Niego wieczorem, chcąc wszystko wyjaśnić i dowiedzieć się na czym stoję, ale niestety siostra nadal tam byłą, myśląć, że spałam u Niego jedną noc, bo przywiozłam Go z imprezy Jego samochodem i nie chciał, żebym jeździła nocnymi autobusami ( co notabene było prawdą, oprócz oczywiście mniemanego powrotu autobusem do domu)… Nie miałam odwagi zostawać, wzięłam tylko te rzeczy które zostały po nocy na widoku i pojechałam z J. do domu… Ona chciałaby, żebyśmy byli razem i z nadzieją na mnie patrzyła, ale Ją też wzięło zwątpienie jak z Nią wychodziłam z domu Pana A.

Od tamtego czasu się nie widzieliśmy, ani nie rozmawialiśmy... On nie widzi chyba problemu, ja nie mam odwagi… w niedzielę pojechałam tam z moją eR po moje rzeczy, wzięłam wszystko łącznie ze szczoteczką do zębów… było mi tak cholernie źle, tak cholernie smutno… Wiem, że muszę z Nim porozmawiać, bo nie lubię niedokończonych spraw, ale ani On ani ja nie mamy na to czasu, chociaż dotąd oboje pracowaliśmy i mieliśmy tyle samo czasu i umieliśmy się spotkać…

Tak mnie to boli, że otworzyłam się po raz drugi w życiu na faceta i po raz drugi dostaję po łapach… a raczej po sercu? Tak Wątpiąca jednak też ma serce…



2010-04-16 18:54:27 skomentuj (5)

# 25 #


            Cztery długie miesiące mnie tu nie było… czy to dużo, czy mało? Hmm… to chyba wszystko zależy co się osiągnęło przez ten czas i co się działo. A działo się tak wiele, że starczyłoby to na pół roku albo i dłużej…

Przelałam tyle łez, zwłaszcza przez ostatni miesiąc, że chyba wypłakałam się za wszystkie te lata, które starałam się nie uronić ani jednej łezki… ale po ostatniej przepłakanej nocy, gdy obudziłam się z popuchniętymi oczyma stwierdziłam, że muszę z tym skończyć, przecież nie mogę straszyć ludzi… Moi drodzy, co tu dużo mówić… Wątpiąca przez moment przestała wątpić i pozwoliła sobie na zapomnienie i… się zakochała tak prawdziwie, bezpamiętnie i naiwnie, po raz drugi w życiu… Oczywiście nieszczęśliwie, a jakby inaczej… właśnie walczę, leczę się z tego uczucia, ale nie jest to takie proste, gdy druga osoba zachowuje się tak sprzecznie… mówi jedno, robi drugie… Tak długo udawało mi się odsuwać od siebie tę cholerną słabość zwaną miłością, no ale niestety i mnie to dopadło… Może i w jakiś sposób przybliżyły nas do siebie wydarzenia ostatnich miesięcy… najpierw choroba mojej mamy, operacja, depresja w jaką wpadłam… na szczęście już wszystko w porządku, ale przez całe dwa miesiące był przy mnie i wspierał jak tylko mógł. Później święta, wspólne ubieranie choinki, telefony gdy byliśmy na dwóch końcach Polski… No i mimo innych planów, przyjazd Jego na Sylwestra do mojej zabitej dechami wioseczki. To On jako pierwszy patrzył mi w oczy w nowym 2010 roku, to przez Niego nie pamiętam fajerwerków, bo sama miałam fajerwerki w głowie… Trzy cudowne dni spędzone z Nim w zaśnieżonej mieścince gdzieś w Wielkopolsce. Po powrocie zrozumiałam, że nie mogę spać, nie mogę jeść, że ciągle o Nim myślę, że zastanawiam się co robi, że każda minuta bez Niego jest jak dzień długa… I musiałam sama przed sobą się przyznać do tego, że wpadłam jak śliwka w kompot…

Postanowiłam, w końcu Mu powiedzieć, oczywiście bez jakiś szaleństw, ale powiedziałam, że zaczyna mi na Nim zależeć, bardziej niż na przyjacielu, że dobrze mi z Nim i że mimo, iż czasami mam ochotę Go zabić, bo tak mnie wkurza, uwielbiam te Jego wady… I tu nagle szok… Jego szok, bo się nie spodziewał, bo nie wie czy jest mnie wart, bo jest za stary, bo nie chce mi życia marnować bla, bla, bla… Całą noc przesiedziałam z kubkiem herbaty w kuchni i cicho płakałam tak, żeby nic nie słyszał… Rano pojechałam do pracy i postanowiłam nie wracać do tej rozmowy już więcej… Ale przyjechał do mnie tego samego dnia, przytulił się bez słowa i tak leżeliśmy cały wieczór nic nie mówiąc, On gładził mnie po włosach, ja w końcu zasnęłam… Obudziłam się rano, a tam na stoliku klucze… do Jego mieszkania, żebym mogła zawsze gdy tylko chcę wejść do Jego mieszkania… Byłam skołowana…

Ale najgorsze jeszcze przede mną… On pojechał na narty do Francji, ja musiałam zostać, bo praca… I nagle mnie olśniło, telefon do Edi, badania, nerwy i… pozytywny wynik… 4 tydzień ciąży… Przyjechał powiedziałam Mu, pojechał ze mną jeszcze raz na badania, wynik się potwierdził, a ja się załamałam i pękłam, musiałam pójść na zwolnienie, żeby się pozbierać, nie chciałam się z Nim widzieć, ani z Nim rozmawiać, ale On nalegał, chodził za mną… Oprócz tego, że byłam śmiertelnie przerażona zaistniałą sytuacją, to jeszcze bałam się, że On pomyśli, że próbuję złapać Go na dziecko… Usiedliśmy razem porozmawialiśmy, wyznałam Mu moje obawy i okazało się, że są bezsensu, że nigdy by tak nie pomyślał… No, ale fakt był faktem, poszłam do lekarza, potwierdził badania krwi… I sama już nie widziałam co mam zrobić, może zabrzmię strasznie, ale dotąd zawsze myślałam, że jest jedno wyjście z takiej sytuacji… Ale jednak jestem człowiekiem mającym skrupuły… „Pozbycie się problemu” odchodziło na coraz dalszy plan… Aż do dnia, gdy spaliśmy i nagle dostałam niesamowitych bólów podbrzusza i zaczęłam krwawić… Lekarz powiedział, że nie ma szans, że to już koniec… I niby mi ulżyło, że los tak zadecydował, że tak to się skończyło, bo wiem, że nie jestem jeszcze na tyle dojrzała i odpowiedzialna, żeby zadbać o taką istotkę…

A teraz „po wszystkim” jest jak było, czyli mówi jedno robi drugie, a ja już sama nie wiem co o tym myśleć… no i oczywiście jestem taką masochistką, że w ciszy, gdzieś w środku próbuję zabić to uczucie, ale czasami napada mnie taki niesamowity smutek, że On mnie nie widzi…



2010-03-03 16:42:30 skomentuj (4)

# 24 #
Ja tak tylko na szybko, z takim krótkim pytaniem: Gdzie jest Sandra??

2010-02-28 16:08:37 skomentuj (1)

# 23 #
Kochani dziękuję, za komentarze, dodawanie otuchy, życzenia świąteczne i martwienie się o mnie...

Jestem... żyję... nie padłam z głodu... dostałam pracę...

Dzieje się tak dużo, że nawet wyspać się nie mam kiedy, ale Wątpiąca w miłość nadal wątpi, albo już nawet zupełnie przestała mieć jakiekolwiek złudzenia...

Wyjeżdżam na kilka dni, wrócę i postaram się coś napisać...

2010-02-24 23:46:38 skomentuj (3)

# 22 #

Szukanie pracy to naprawdę ciężki kawałek chleba… Nie sądziłam, że to taki problem, pewnie dlatego, że dotąd nie miałam problemów z jej znalezieniem… no, ale teraz już mam troszkę większe ambicje niż kelnerzenie lub sprzedawanie staników…

Jakże mi przykro, że nie jestem dwudziestolatką z ukończonymi trzema kierunkami studiów, znajomością pięciu języków i z dziesięcioletnim doświadczeniem pracy zawodowej…

Na początku miesiąca powiedziałam, że jeśli do listopada nie znajdę pracy to zacznę się puszczać… hmmm koniec miesiąca już za pasem, pracy jak nie było tak nie ma, setki wysłanych cv, żadnych odpowiedzi… Chyba zacznę poważnie rozpatrywać ogłoszenie typu: „AAA chętna pani, wysokie zarobki”

Nie, nie aż tak zdesperowana nie jestem… Nie??

Kto mnie przygarnie jak mi się skończą zapasy w lodówce?



2009-10-23 20:04:05 skomentuj (11)

# 21 #

„Kobieta jest jak butelka whisky, pusta dobrze wygląda, lecz najcenniejsze jest jej wnętrze.”

 

Szkoda tylko, że większość facetów woli te puste kobiety…



2009-10-22 12:48:19 skomentuj (1)

# 20 #

Znowu mnie tu nie było na jakiś czas, ale już wróciłam i zamierzam na troszkę dłużej zagościć w jednym miejscu… Jeszcze dzisiaj tylko jadę odwiedzić mamę, a później zasiadam przed monitorem i nadrabiam moje zaległości na Waszych blogach…

A gdzie byłam jak mnie nie było? No cóż, przyjechali moi kuzyni z zagranicy no i jako Ich tłumacz i przewodnik objechałam prawie całą Polskę w niespełna miesiąc… było cudnie, intensywnie, bez snu, z dużą ilością alkoholu, jeszcze większą ilością przygód i z wieloma nowymi znajomymi… Były łzy szczęścia i smutku (niestety też), są liczne siniaki, skręcona kostka i kac moralny… ale warto było…

Miesiąc temu wyjechałam z Wrocławia do Warszawy, później Mazury, Gdańsk i Sopot, Wrocław, moja malutka mieścinka w Wielkopolsce, Karpacz, Poznań, Kraków, Łódź i znów Warszawa…Działo się oj działo, poznałam nowych ludzi, niektórzy starzy znajomi pokazali mi się z zupełnie innej, lepszej strony… Moi przyjaciele zorganizowali mi imprezę niespodziankę z okazji urodzin… były to moje najlepsze urodziny w życiu, zwłaszcza dlatego, że od paru dobrych lat nie obchodzę ich wcale… To był  naprawdę cudowny miesiąc, a ostatni weekend był nieziemski, wydaje mi się jakby to wszystko było snem, ale o tym później, teraz zmykam spakować torbę i lecę do mamusi…

Do przeczytania po moim powrocie…



2009-10-15 14:36:44 skomentuj (8)

# 19 #

Po długim czasie wreszcie udało mi się zakończyć kolejny etap życia… Ciężko było i szczerze mówiąc po zdanej obronie nawet się cieszyć nie potrafiłam, ale wreszcie do mnie dotarło, że opłacało się i nareszcie koniec…

Nawet nie miałam ochoty świętować tego wydarzenia, także w środę po obronie zamiast pójść na piwko ze wszystkimi, wróciłam do domu i spędziłam wieczór z paczką chipsów i rurek waflowych z kremem popijając wszystko pepsi… mhmm zdrowo… Z eR przeleżałyśmy w moim łóżku cały wieczór i gadałyśmy o wszystkim i o niczym…

Ale, że eR w piątek miałą swój koncert, to tak jakoś wyszło, że nadarzyła się okazja na wyjście i opicie mojego „sukcesu”… był Pan A i moja O. ze swoim kolegą Panem M i jeszcze kilku znajomych eR, którzy są i w pewnym sensie moimi znajomymi… I tak jakoś wyszło, że eR po swoim koncercie musiała wracać do domu, bo jeszcze w sobotę i dzisiaj miała koncerty, to my całą ekipą posklejaną postanowiliśmy iść dalej pobalować… oczywiście okazją miała być moja obrona, ale tak jakoś wszystkich naszło na picie i balowanie… Ehhh wylądowaliśmy na domówce, na rynku i stwierdzam, że w piciu umiaru nam brak… ale miło było, co prawda cichaczem się wymigałam z reszty imprezy, czyli pójścia potańczyć, pożegnałam się z O. i z Panem A i parą znajomych wróciliśmy do domku…

A po tej imprezie został mi tylko kac gigant, wbite szkło w stopę, esemesowanie z Panem M (kolegą O.), który coś za dużo ściemnia, no i dziwna niedokończona rozmowa z Panem A, którą muszę dokończyć, ale już nie w stanie nietrzeźwości…

I chciałam jeszcze dodać, że znalazłam dwa kolejne siwe włosy na mej głowie, oj za dużo stresu za dużo…



2009-09-13 18:15:52 skomentuj (5)

# 18 #

Jestem, jestem, żyję, może ledwo, ale jednak… Jestem mile zaskoczona, że Wam mnie brakuje… nie sądziłam, że moja nieobecność zostanie zauważona… dziękuję Wam za to

Jestem właśnie w trakcie egzaminów, praktyczne zaliczone, obrona już za mną i został tylko jeden najtrudniejszy egzamin, który jest praktycznie nie do zdania, ale jakoś już przestałam się tym przejmować…

Jestem we Wrocławiu już od tygodnia, ale cały czas poświęcam nauce i lataniu z jednej uczelni na drugą i załatwianiu papierkowej roboty… Nadal sama sobie nie wierzę, że chce mi się zacząć kolejny kierunek…

Jeśli chodzi o ostatnią notkę, to moja frustracja nie była spowodowana moim „związkiem”, a raczej sytuacją i atmosferą jaka zaistniała w domu podczas mojej obecności tam… Otóż mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, nie wiem czy Wy też tak macie, ale u mnie one chodzą stadami niestety… Oczywiście pojechałam do domu w celach naukowych… niestety niewiele z miesięcznego pobytu tam poświęciłam na naukę… Ja sama zachorowałam dwa razy… Alergia mnie prawie do grobu wpędziła, a zatrucie osłabiło na kilka dni… babcia, mama i brat też się pochorowali, więc ciągle szpital w domu… Nawet moja suczka ma jakiegoś guza i póki nie będę po egzaminach, mama zabroniła mi pójść z Nią do weterynarza, bo będę się dodatkowo denerwować… jakbym z niewiedzą się nie denerwowała…A na dodatek wieczne remonty domu, nie mają końca… no i ja w miarę najbardziej zdrowa codziennie wstawałam o 6 i musiałam dopilnować, żeby pracownicy wszystko mieli, a do tego niestety mam prawo jazdy no i to ja byłam jeleniem, który jeździł wszędzie po wszystko…

A poza tym dotarło do mnie jak bardzo boję się starości… to właśnie głównie temu była „dedykowana” ostatni notka… ja rozumiem, że starsi ludzie mają naprawdę ciężko, że są schorowani, sfrustrowani życiem, że wcale Im nie jest lekko z tymi wszystkimi unowocześnieniami, ale nie mogę zrozumieć jak można być tak niesprawiedliwym i nie dobrym dla najbliższych… Moja babcia ostatnimi czasy daje nieźle w kość mojej mamie… Nigdy jeszcze nie widziałam mojej zawsze uśmiechniętej i żartującej mamy tak smutnej… chodziła z konta w kont i słyszałam tylko jak płacze… mówiła, że wszystko ok., że jakoś to będzie, ale wiem, że wcale tak nie czuje… Najgorsze jest to, że mama ma trójkę rodzeństwa, które nic nie obchodzi, że babcia choruje i wymaga coraz więcej uwagi i opieki… Oczywiście wszyscy twierdzą, że skoro mama z babcią mieszka to mama ma z tego profity (że niby emeryturę mama babci zabiera, jeszcze gdyby to była prawda…)  i Im nic do tego… a babcia ani mamy, ani mnie nie chce w swoim domu (odkąd dziadek nie żyje mieszkamy z babcią, bo babcia bała się samotności) i wyrzuciła to ostatnio z siebie… mama ma rozwiązanie, bo mamy gdzie mieszkać, ale my sobie zdajemy sprawę z tego, że jak babcia zostanie sama to nikt się Nią nie zainteresuje… i co i mamy zostawić biedną, schorowaną babcię samą na pastwę losu? No, ale z drugiej strony nie chce nas widzieć, nie chce naszej pomocy… Nie mogę uwierzyć, że moja kochana babcia, która mnie wychowała, która mnie kochała z całego serca, nie chce mnie teraz widzieć… To straszne uczucie i nie mogę sobie z tym poradzić… A to, że mama jest załamana, dobija mnie jeszcze bardziej…

 Ehhh…



2009-09-13 11:46:49 skomentuj (3)



dodaj zobacz

2010
lipiec
kwiecień
marzec
luty
2009
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj


Zaglądam... Czytam...
Chatka z trzciny
Stefanii
Lucciola
Anyszka
Balladyna
Sandra
Inoue
Cynthia
Popiół z księżyca


Wykonanie
Powered by blog.pl
Layout by niedziela
Photo by Photoavionetca